Sesja rady jako punkt zapalny
Ostatnia sesja rady miasta Oświęcim, jak wiele wcześniejszych, była dla mnie nie tylko wydarzeniem samorządowym, ale także impulsem do głębszej refleksji. Jako radny uczestniczyłem w niej bezpośrednio, jako politolog obserwowałem ją z dystansem analitycznym. To właśnie te obserwacje stały się punktem wyjścia do niniejszego tekstu. Niespodziewany atak prezydenta Janusza Chwieruta na radnych opozycji przekroczył pewną granicę dobrego smaku. Ale doskonale wiem, że nie jest to przypadek. Od sesji minęło kilka dni. Wieczorami odświeżyłem wiedzę, posiedziałem w domowej bibliotece… Zatem do rzeczy.
Psychologia władzy: krytyka jako zagrożenie
W psychologii władzy od dawna opisany jest mechanizm, który tłumaczy takie reakcje polityków. Badania Dachera Keltnera, Deborahy Gruenfeld i Camerona Andersona pokazały, że im bardziej autorytarny styl sprawowania władzy, tym mniejsza tolerancja na sprzeciw. Krytyka nie funkcjonuje wówczas jako element debaty, lecz jako osobisty atak. Co więcej, jako zagrożenie dla samej struktury władzy. W takiej optyce krytyka, również tam samorządowa, przestaje być opinią. Staje się „zamachem stanu”.
Krytyka czy zamach stanu?
Dlatego na poziomie lokalnym, również u nas w Oświęcimiu, obserwujemy zaskakująco podobne schematy zachowań? Bo często petent z trudnym pytaniem bywa traktowany jak wróg. Radny składający interpelację – jak sabotażysta, a urzędnik proponujący zmiany – jak potencjalny zdrajca.
Logika „kto nie z nami, ten przeciwko nam”
Mechanizm ten opiera się na skrajnie spolaryzowanej wizji świata, streszczającej się w logice „kto nie ze mną, ten przeciwko mnie”. Nie ma w niej miejsca na niuanse, na rozmowę, na instytucjonalną rolę opozycji. Jest za to czarno-biały podział na lojalnych i nielojalnych. To klasyczny objaw władzy, która przestaje rozróżniać między funkcją, a osobą.
Gdy urząd staje się przedłużeniem ego
Z perspektywy politologii nie jest to jedynie problem kultury politycznej. To zjawisko psychologiczne. Władza, zwłaszcza sprawowana długo i bez realnych mechanizmów kontroli, sprzyja zniekształcaniu odbioru. Prezydent, wójt, burmistrz (osoba decyzyjna) zaczyna utożsamiać krytykę działań z krytyką własnej osoby. A skoro tak, reakcja nie jest merytoryczna, lecz bardzo emocjonalna. Zamiast odpowiedzi na argumenty pojawia się atak na intencje, motywy, a w końcu na ludzi.
Ten sam schemat widać w sposobie planowania i realizowania polityk lokalnych. W teorii samorząd to przestrzeń racjonalnego zarządzania, oparta na danych, analizach kosztów i korzyści, długofalowych strategiach rozwoju. W praktyce jednak, zwłaszcza tam, gdzie dominuje przywództwo narcystyczne, planowanie podporządkowane jest wizerunkowi.
Psychologia przywództwa jasno wskazuje, że liderzy o narcystycznych cechach osobowości działają impulsywnie, często bez podstaw merytorycznych, za to pod silnym wpływem własnego ego. Kluczowe pytania nie brzmią wówczas: „czy to jest potrzebne?”, albo „czy to rozwiązuje realny problem mieszkańców?”, lecz raczej, np. „jak to będzie wyglądało?”, „jak to zabrzmi w mediach?” i co szczególnie istotne „kto może na tym zyskać… oprócz mnie?”. Jeśli odpowiedź na ostatnie pytanie jest niewygodna, projekt często trafia do szuflady lub odpowiada się np. radnemu „nie”.
Mamy parki i puste przychodnie
Stąd w wielu polskich gminach, czy miastach (nie jest to metafora, lecz empiryczna obserwacja) obok siebie funkcjonują efektowne inwestycje „pod wstęgę” oraz zupełnie zaniedbane, choć znacznie bardziej potrzebne elementy infrastruktury gminnej. Np. nowy park z tablicami informacyjnymi i brak lekarzy w przychodniach. Nowy park „dobrze wygląda”, ogromne problemu w przychodniach są zbyt mało medialne. Park nadaje się jako tło do zdjęcia włodarza, drugie na interpelację, a ta, jak już wiemy, bywa odbierana jako akt wrogości.
Problem polega na tym, że w takim modelu rządzenia miastem, czy gminą zanika strategiczne myślenie. Nie ma spójnej wizji rozwoju, nie ma hierarchii potrzeb, nie ma odwagi, by przyznać, że nie wszystkie decyzje da się sprzedać w formie obrazka w „Wieściach z Ratusza”. Zostają dekoracje. A dekoracje nie rozwiązują problemów strukturalnych ani komunikacyjnych, ani społecznych, ani demograficznych.
Po co w samorządzie jest opozycja?
Jako radny i jako politolog uważam, że obowiązkiem opozycji jest zadawanie pytań, formułowanie krytyki i wskazywanie alternatyw. Nie dlatego, że „atakujemy”, lecz dlatego, że taki jest sens demokracji lokalnej. Jeśli jednak lokalny system władzy reaguje na to agresją, personalnymi atakami i próbą delegitymizacji krytyków, to nie świadczy to o sile władzy. Wręcz przeciwnie, to sygnał jej kruchości.
Ostatnia sesja rady miasta była dla mnie kolejnym potwierdzeniem tej tezy. A reakcje, jakie wywołały późniejsze refleksje, tylko ją wzmocniły. Władza, która boi się krytyki, nie boi się dlatego, że jest ona niesprawiedliwa. Boi się, bo trafia w czuły punkt. I to właśnie ten punkt, psychologiczny, a nie personalny, warto dziś w samorządach nazwać i zrozumieć.












Jestem Jakub Przewoźnik. Od lat działam dla dobra miasta Oświęcimia. Tu się urodziłem, wychowałem i to miasto kocham. Pozwól, że przedstawię Ci własny punkt widzenia dla tematów, które są dla mnie ważne